W Przemyślu na początku lat dziewięćdziesiątych, przy dworcu kolejowym, oddano do uzytku terminal odpraw paszportowo - celnych na wschód. Ze szklanym dachem. Byłem tam w lipcu, niedługo po otwarciu. Kiedy wpuścili nas do środka i przyszła moja kolejka, podałem paszport pogranicznikowi i zapytałem kto ich obdarzył takim szczęściem. Spojrzał na mnie jakbym mu ojca zabił, ale widząc że pot leje się ze mnie strumieniami, odpowiedział ostro: - A żeby ten cholerny projektant i po smierci nie zaznał spokoju! Wspólczulem mu bardzo. Ja byłem z krótkimi rękawami, on w mundurze i pod krawatem. Ja wszedłem tylko na chwilę i zaraz wychodziłem, on musiał siedzieć do ostatniego podróżnego. Temperatura wewnątrz osiągała wielkość taką, jak w stalowni przy piecu hutniczym. Po dwóch tygodniach odprawy przeniesiono na peron, pod wiatę.