Mam sierściucha już kilkanaście lat. Jest na odwyku. Fajny był ten Bąbel (bo tak go wołałem). przyjeżdżałem z miasta, a on mało się nie posikał z radości. Zawsze dostawał coś ekstra do jedzenia, potem przeważnie potarzaliśmy się obydwaj na trawie, bo byczysko było niemałe, a gdy się wyhasał, to już mnie nie opuszczał. Gdzie bym nie poszedł, co bym nie robił, to szedł ze mną, kładł się w pobliżu i leżał spokojnie bez względu na wszystko: słońce, deszcz, zimno, ciepło, upływ czasu... nic go nie interesowało, jesli byłem obok. A jak szedłem do domu, to dochodził do drzwi, ale za próg nie wszedł. Nawet jak miałem kiełbasę w ręce, to nie wszedł. Potem musiałem mu sie pokazać w kuchennym oknie i wtedy uspokojony kładł się pod oknem i warował, dopóki nie posłyszał otwieranych drzwi.