Skocz do zawartości
Róża Ocean Niebo Wiosna Betoniarka Jajoszczypiorny Bruk Wrota Hadesu Purpurowy obłęd Smok

ManfredBee

Uczestnik
  • Posty

    122
  • Dołączył

  • Ostatnio

  • Dni najlepszy

    1

ManfredBee last won the day on listopada 8 2013

ManfredBee had the most liked content!

Reputacja

4 Neutralny

O ManfredBee

  • Ranga
    Początkujący
  1. Mam doświadczenia z grzaniem prądem: Ogrzewałem tak niewielkie mieszkanie. Z uwagi na wymiary mieszkania nie miałem pieców akumulacyjnych, ale grzejniki konwekcyjne. W rezultacie, mając w domu małe dziecko, na grzanie prądem tylko w godzinach tańszej energii mogłem sobie pozwolić co najwyżej przy niewielkich mrozach. Później wspólnota zdecydowała o założeniu ogrzewania centralnego (dom wybudowano z ogrzewaniem piecowym). Wybór był pomiędzy osiedlową ciepłownią na średni olej opałowy i kotłem na ekogroszek opalanym drobnym orzechem (przy tych mocach tak da się zrobić, niektóre wspólnoty w takie ogrzewanie weszły). Konsultacje wśród znajomych we wspólnotach, które zdecydowały się na te różne warianty ogrzewania wykazały, że kosztowo to na jedno wychodzi. Tu należy pamiętać, że z uwagi na moc kotła w porównaniu z domem jednorodzinnym dochodzą dodatkowe opłaty za korzystanie ze środowiska i wynagrodzenie dla zewnętrznej firmy obsługującej kocioł, no i nie wchodzi w rachubę zaniedbywanie przeglądów, na których, nie oszukujmy się, wielu Polaków oszczędza. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na mniej kłopotliwe i porównywalne cenowo ogrzewanie z ciepłowni olejowej (przypominam, że ciepłownia osiedlowa miała zgodę na używanie oleju tańszego – średniego). Ja przeforsowałem docieplenie budynku łącznie z tą inwestycją. Wspólnota zdecydowała się na opłacanie ogrzewania według stałej stawki miesięcznej w ciągu całego roku. Ktoś zrobił dobrą robotę, licząc te koszty, bo korekty zależne od warunków pogodowych w rozliczeniu kosztów rzeczywistych były niewielkie. Dla mnie w efekcie koszty ogrzewania w miesiącach zimnych były porównywalne do zwyżki moich wcześniejszych opłat za energię elektryczną związanej z ogrzewaniem (pomimo docieplenia 15cm styropianu!). Co oznacza, że przez parę ciepłych miesięcy dopłacałem do nowego systemu ogrzewania. Plus spłacałem swój udział w kredycie wziętym przez wspólnotę na docieplenie i wykonanie instalacji grzewczej. Jednocześnie komfort cieplny nie wzrósł i zależność od energii elektrycznej nie zmniejszyła się (pompy obiegowe też z niej korzystają). Suplement: ciepłownia osiedlowa, pierwotnie olejowa, obecnie pracuje od paru lat na gaz ziemny, w efekcie opłaty bieżące za energię cieplną przestały rosnąć, a nawet minimalnie zmniejszyły się.
  2. I twierdzę tak nadal. Instalacja sobie radzi. Nie muszę w chwili zaniku zasilania pędzić do kotłowni i wywalać opału na podłogę, zalewać wodą i tak dalej. Grzejniki jako-tako grzeją. Ale przy „rozbujanym” kotle odcięcie wężownicy jest krokiem szalonym, trzeba się liczyć z tym, że miarkownik ciągu to za mało, żeby zapobiec zagotowaniu wody - przypominam, że mam przewymiarowany kocioł. Obawiam się, że się mylisz. Przypominam, że mam wężownicę spiralną. Podczas wychładzania kotła temperatura na kotle jest niższa niż w bojlerze w połowie wysokości wężownicy co najwyżej o kilka stopni. Cieplejsza ma szansę być tylko ta woda, która jest ponad wężownicą. Jeśli spóźnię się z zamknięciem zaworu na wężownicy aż do momentu pierwszego (nie mówiąc już o następnych) zatrzymania pompy CO, to mam dwa wyjścia: albo ponownie rozpalam kocioł samym drewnem, żeby odbudować temperaturę w bojlerze (wymagane, jeśli do tego doszło przed wieczornymi zabiegami higienicznymi), albo włączam grzałkę na noc (jeśli wszyscy są już umyci na noc). Projektowane rozwiązanie ma wyeliminować ten problem i nie stworzyć innych. Pompa jest załączana gdzieś między 40, a 50 stopni. Musiałbym poobserwować termometr na kotle, bo podziałce wokół pokrętła na sterowniku średnio ufam. Miarkownik jest wyregulowany tak, żeby na kotle temperatura nie przekraczała siedemdziesięciu paru stopni, przy czym staram się prowadzić spalanie w taki sposób, żeby miarkownik nie musiał całkowicie dławić dolotu powietrza, albo by przynajmniej czas całkowitego zamknięcia dolotu powietrza przez miarkownik był możliwie krótki. Z jednej strony redukuje to ryzyko zagotowania wody, z drugiej - dzięki temu prawie nie osadza się sadza na ścianach kotła.
  3. Grawitację miałbym sprawną, jak bym miał gałązki 3/4cala lub calowe i odpowiednio większe piony, najlepiej bez zaworów. Tymczasem instalacja powstała z gałązkami pół cala i grzejnikami płytowymi bez zaworów i szybko okazało się, że tak na dłuższą metę nie będzie działać i zamontowano pompę. Ja wymieniłem grzejniki płytowe na kaloryfery aluminiowe i dałem zawory, zwykłe zawory termostatyczne na gałązce zasilającej i zawory odcinające na inbus na gałązce powrotnej, gałązki są teraz z PP 20. Całość jakoŚ działa na grawitacji, ale szału nie ma. Jeśli zawór będzie zamknięty, to oznacza rozpalanie kotła, albo jego powolne wygasanie (temperatura CO spada poniżej od temperatury w bojlerze). W takich okolicznościach problemu nie ma, a podczas "normalnej pracy" zawór będzie otwarty. Zbiornik jest niezbyt duży, bo kupowała go osoba mieszkająca samotnie, a i tak najczęściej używała małych podgrzewaczy przepływowych. Teraz ze zbiornika korzystają trzy osoby i z objętością szału nie ma. Może nie na tyle, żeby od razu myśleć o wymianie bojlera na większy, ale powinniśmy możliwie mocno go nagrzewać, skoro robimy sobie dłuższe przerwy w grzaniu (dotyczy kotła w sezonie grzewczym i grzałki poza sezonem grzewczym - wówczas korzystamy z tańszej energii nocą).
  4. Właśnie dlatego nie chcę zaworu zwrotnego w obwodzie wężownicy. Po pierwsze: przy zaniku zasilania rażąco wzrośnie ryzyko zagotowania wody w kotle (potwierdzone przez życie). Po drugie: woda w bojlerze w chwili zaniku cyrkulacji, po wyłączeniu pompy przez sterownik, będzie miała znacznie niższą temperaturę. W przypadku zaworu z napędem obrotowym odcięcie wężownicy nastąpi dopiero wtedy, gdy zacznie spadać temperatura na kotle. Zanik napięcia niewiele tu zmieni z punktu widzenia bezpieczeństwa, bo zawór się nie zamknie z uwagi na brak zasilania. Ponadto, przy działającym zasilaniu, jest szansa na możliwie najcieplejszą wodę w bojlerze. Wprawdzie mogę podnieść temperaturę progową sterownika, ale obecna nastawa jest pewnym, wypracowanym metodą prób i błędów optimum, zapewniającym możliwie najlepsze wykorzystanie paliwa i jak najlepsze ogrzewanie pomieszczeń w istniejących warunkach.
  5. Ogrzewanie mam rozwiązane zupełnie zwyczajnie, standardowo: Pompa, jak zwykle w takich instalacjach, włączana jest przez sterownik, o ile temperatura wody na wyjściu z kotła jest wystarczająco wysoka. Jeśli temperatura jest niższa lub nie ma zasilania, woda musi radzić sobie sama i w tym celu zastosowano zawór różnicowy, otwierający przepływ wodzie, gdy pompa jest zatrzymana - w takiej sytuacji instalacja pracuje grawitacyjnie. Zaniki napięcia zwykle nie zdarzają się każdego dnia, ale na tyle często, że są elementem mojego życia, który muszę uwzględniać. Po prostu mieszkam na takim nieco wysuniętym osiedlu, gdzie lubią się palić bezpieczniki przy transformatorze i nieszybko są wymieniane. Ponadto odnoszę wrażenie, że zakład energetyczny wyłącza zapobiegawczo piętnastkę, jak jest gorsza pogoda (burza, wiatr).
  6. Gdybym chciał mieć popielate ogrodzenie, to bym takie kupił, a wtedy nie miałoby znaczenia, że impregnat pokrywa je mgiełką.
  7. Po zapoznaniu się z treścią w linku nasuwają mi się następujące spostrzeżenia: Zaproponowany tam zawór z elektromagnesem może działać za szybko w stosunku do zaworu kulowego z napędem obracającym, a pozostawanie otwartym lub zamkniętym podczas zasilania uniemożliwi sensowne używanie po zaniku zasilania. Analogiczny sterownik znajduję w internecie jako sterownik różnicowy, jednak wszystkie odnalezione przeze mnie sterowniki zakładają współpracę z pompą, domyślam się, że w rachubę wchodzi też zawór z elektromagnesem, ale nie napęd sterowany trójprzewodowo. Do napędu w wersji dwuprzewodowej nie jestem przekonany, częściowo z powodów jw, a wersja czteroprzewodowa wymagałaby przeróbek w starowniku, podobnie, jak w przypadku wersji trójprzewodowej. Ewentualnie należałoby dołożyć dodatkowy zewnętrzny przekaźnik. Czy nie lepiej więc, jeśli już przerabiać, to przerabiać sterownik, który mam i wiem, co zawiera, a więc wiem, że poradzę sobie z przeróbką? Chętnie poznałbym opinie osób, które znają w praktyce, na przykład eksploatują taki układ. Zastanawiam się, czy histereza sterownika pompy CO zaadoptowanego do pracy jako różnicowy będzie wystarczająca.
  8. Wężownica bojlera jest włączona równolegle do pętli obsługujących kaloryfery i przepływ przez nią jest wspomagany przez pompę CO, o ile ta jest włączona. Nie chcę rezygnować z grawitacji, zwłaszcza, że mam znacząco przewymiarowany kocioł (proszę się mnie nie czepiać z tego tytułu - od czasu zainstalowania kotła dom dwa razy zmieniał właściciela, więc mój wpływ na dobór kotła był żaden), a zaniki zasilania są problemem, z którym muszę się mierzyć na co dzień. Swobodny przepływ wody przez wężownicę przy takim sobie obiegu grawitacyjnym jest kluczowy dla pracy kotła w warunkach braku zasilania. Wiem, że mogę kupić przetwornicę, duże akumulatory, inwestować w pompy i wypasiony sterownik. Tylko każdy z tych składników kosztuje więcej niż cały projekt, który zaplanowałem.
  9. Jest jedna pompa CO!!! Mam prosty kocioł, a instalacja musi być i jest zdolna do pracy grawitacyjnej, dlatego nie ma tam żadnych zaworów zwrotnych, jednak instalacja ma nowoczesne kaloryfery o sporym oporze przepływu i do optymalnej pracy potrzebuje pomocy pompy. Pompa CWU jest po to, żebym nie lał przez półtorej minuty zimnej wody do ścieków, jak potrzebuję ciepłej wody na piętrze, pompa CWU tłoczy zimną wodę z rury zasilającej krany z powrotem do bojlera i tu akurat mam zawór zwrotny. Pompa ta jest w układzie wody pitnej, a nie CO. Wspomniałem o sposobie jej sterowania niejako z rozpędu, pamiętając, że są automaty, które ogarniają kilka pomp i nie tylko, ale, cytuję siebie: "Mój kocioł nie ma żadnych rozbudowanych sterowników, obsługujących różne pompy, wentylatory i inne." . Tą pompę załącza się ręcznie, wchodząc do łazienki na piętrze z zamiarem użycia ciepłej wody. Korzystając z wody na parterze nie mamy problemu z temperaturą ciepłej wody.
  10. Użyta była lanca z dyszą rotacyjną, to jest taka, która wytwarza wirujący strumień wody. Prawdopodobnie DB145 (wg zdjęć w internecie).
  11. Mam prosty kocioł klasy 3, typ SWK21. Mój kocioł nie ma żadnych rozbudowanych sterowników, obsługujących różne pompy, wentylatory i inne. Tylko miarkownik ciągu oraz elektroniczny sterownik do pompy CO. Za sterowanie pompą CWU odpowiada przycisk dzwonkowy w łazience i automat schodowy w kotłowni, nastawiony na dwie minuty oraz dodatkowy wyłącznik w kotłowni, włączający pompę CWU na stałe. Mój kocioł nawet w największe mrozy nie jest użytkowany non-stop - korzystam z akumulacji ciepła w murach, dla utrzymania komfortu termicznego z przyzwoitym rezultatem. W efekcie jednak w eksploatacji mojego kotła mam ten problem, że muszę ręcznie i na czas odciąć wężownicę spiralną bojlera, bo w przeciwnym wypadku coraz chłodniejsza woda w instalacji CO wychłodzi wodę w bojlerze. Wymyśliłem więc sobie, że spróbowałbym w oparciu o dodatkowy, drugi sterownik do pompy obiegowej CO i dokupiony drugi czujnik temperatury, podłączony w miejsce potencjometru nastawiającego temperaturę zadziałania zbudować sterownik do siłownika zaworu kulowego, który odcinałby automatycznie wężownicę spiralną, gdy temperatura na środku jej wysokości (tu mam studzienkę pomiarową w bojlerze) stanie się wyższa niż temperatura na wyjściu z kotła i otwierałby zawór, gdy temperatura wody z kotła będzie wyższa od temperatury wody w bojlerze (z uwzględnieniem histerezy). Wydaje mi się, że napęd powinien być zasilany trójprzewodowo, a sterownik powinien mieć przekaźnik wykonawczy zarówno z zestykiem NO, jak i NC, wówczas napęd pobierałby zasilanie tylko w chwili przestawiania zaworu. Takie zawory są do kupienia wraz z napędem za około 200zł plus sterownik jw, który akurat przypadkiem nadmiarowy posiadam, plus czujnik, który musiałbym zamówić u producenta (już kupowałem identyczny po uszkodzeniu mechanicznym, więc powinno się udać) i plus trochę własnej dłubaniny. Czy ma ktoś doświadczenia z takim zaworem? Warto w to wchodzić? Czy taki sposób sterowania ma w ogóle sens? A może istnieje sensowniejsze gotowe rozwiązanie i niepotrzebnie kombinuję?
  12. Poproszono mnie o podpowiedź, co zrobić z ogrodzeniem z pustaków betonowych łupanych. Ogrodzenie postawiono dość sensownie, w zasadzie go nie brudząc, co osobiście mogę potwierdzić. Pomimo tego, zgodnie z zaleceniami producenta pustaków, miesiąc po wykonaniu ogrodzenia zostało ono umyte chemią od producenta pustaków, a następnie zaimpregnowane preparatem, również od producenta pustaków. Wydaje się, że zachowano wszystkie instrukcje dotyczące tych preparatów. Ale ogrodzenie po impregnacji wygląda gorzej niż przed nią. Przede wszystkim z chwilą wysychania pojawiła się jasna mgiełka o różnej intensywności, zależnie od miejsca na ogrodzeniu. Na sucho właściciel żałuje, że wchodził w jakieś impregnacje, za to na mokro ogrodzenie wygląda idealnie. Producent pustaków uważa, że nałożono zbyt dużo impregnatu i proponuje poczekać, aż ten sam zejdzie z czasem. Tylko, że po trzech latach jakoś nie widać, by się gdziekolwiek wybierał. Ktoś poradził właścicielowi, żeby umyć ogrodzenie myjką ciśnieniową z agresywną chemią. Była mowa o RM81 nanoszonym pianownicą (czy nie lepiej RM55?) plus płukanie pod ciśnieniem. Czy to ma sens? Na pewno od samej wody pod ciśnieniem nic nie schodzi, a przynajmniej żadnego schodzenia nie widać.
  13. Dwa lata temu spotkałem drzwi chińskie z takim "patentem". Mowa o drzwiach nie tylko wyprodukowanych w Chinach, ale też stosujących ichnie zamki, specyficzne chowane zawiasy i tak dalej. Drzwi mają zainstalowane fabrycznie dwa zamki: górny i główny (z klamką), stąd na wyposażeniu znalazły się dwie wkładki. Wkładki są prawie takie, jak stosowane w Polsce, możliwe, że o ułamek milimetra węższe od stosowanych u nas. Wkładka od głównego zamka ma dwa komplety kluczy, w tym jeden klucz w komplecie docelowym posiada dodatkowe nacięcie do uruchomienia mechanizmu odpowiedzialnego za przekodowanie wkładki. Dodam, iż do drzwi zakupiono polskie wkładki w systemie jednego klucza (gotowy zestaw), w tym do górnego zamka wkładkę z pokrętłem. Zastosowanie polskich wkładek wymusiło wypiłowanie w szyldach górnego zamka dodatkowego "języka", gdyż chińska wkładka mieściła się całkowicie pod szyldami i te miały wykonany jedynie okrągły otwór odsłaniający dostęp dla klucza do części cylindrycznej wkładki. Do szyldu dolnego zamka polska wkładka pasowała bez jego modyfikacji.
  14. Gdyby mnie dotyczyła taka kwestia i deweloper standardowo instalowałby zupełnie nowe wkładki w klasie C przed wydaniem mieszkania, to i tak zaraz wymieniłbym je na zupełnie inne. Zakładam tu, że drzwi do mieszkania są w miarę przyzwoite, a nie zwykłe pokojowe, tylko bez szyby.
×
×
  • Utwórz nowe...